Blog podróżniczy o Hiszpanii i okolicach.

sobota, 12 marca 2011

Miłość cz.1

Jeśli autostop jest genialnym rozwiązaniem dla ludzi chcących podróżować niedrogo i na krótkich trasach (lub mających dużo wolnego czasu na przemierzanie większych odległości), tak na dłuższych dystansach znakomicie sprawdzają się tanie linie lotnicze. Sprawiają one, że podniebne podróże, niegdyś będące domeną ludzi lepiej sytuowanych, dziś są w zasięgu finansowym szerszej liczby osób. Niesamowite promocje, w których szczególnie celuje jeden z irlandzkich przewoźników doprowadzają często do niewyobrażalnych kiedyś sytuacji. Zdarza się, że podobny dystans bardziej opłaca się, ze względów finansowych i czasowych, przemierzyć na pokładzie samolotu niż autokarem lub pociągiem. Gdy więc okazało się, że bilety na loty "tam i z powrotem" z Madrytu do Almerii  kosztują 22 euro, po szybkiej konsultacji z wikipedią na temat walorów tego ostatniego miasta podjęliśmy decyzję - lecimy!

Podróż rozpoczęliśmy od długiej, prawie trzygodzinnej jazdy autokarem, który na trasie Ciudad Real - Madryt objeżdża liczne wioski La Manchy. Miejscowości, zarówno te które już odwiedziliśmy podczas wcześniejszych wojaży, jak i te które widzieliśmy po raz pierwszy wydawały nam się dziwnie znajome. W prawie każdej z nich bowiem znajdował się pomnik Don Kichota, masywny kamienny kościół, architektonicznie niewiele się różniący od świątyń w innych "pueblach" i stojące w reprezentacyjnych miejscach "rzeźby" z powykręcanego w abstrakcyjne kształty metalu o nieznanej mi symbolice. Reprezentowały też podobny styl budownictwa, co sprawiło, że byliśmy tylko bardziej zadowoleni z faktu, że wreszcie udajemy się w dalsze, niż w "nasze" okolice.

Po dotarciu do Madrytu udaliśmy się metrem do centrum miasta. Kontynuując moją prywatną, podróżniczą tradycję, polegającą na przygotowywaniu lub spożywaniu własnych posiłków w najbardziej reprezentacyjnych punktach odwiedzanych miejsc, zjedliśmy kanapki na madryckim Plaza Mayor (który de facto jest olbrzymim dziedzińcem budynku zwanego Casa de la Panaderia) i poszliśmy na krótki spacer po mieście. Przeszliśmy koło imponującej katedry i podziwialiśmy potężną, szarą bryłę Pałacu Królewskiego, który w świetle reflektorów prezentował się bardzo dostojnie. Podeszliśmy też do pobliskiego Plaza de Espania, gdzie poza dużą ilością policji, natrafiliśmy na stojące na postumencie, znajome sylwetki błędnego rycerza i jego giermka.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do jednego ze znajdujących się w okolicach Pałacu barów, aby się trochę ogrzać. W tym prowadzonym przez Kubańczyków miejscu, po zamienieniu dosłownie dwóch zdań, jeden z gości powitał nas słowem, które fonetycznie dało by się zapisać jako "tszeszcz" i na dodatek wyciągnął książkę zatytułowaną "El polaco en 4 semanas"("Polski w 4 tygodnie"). Okazał się sympatycznym Peruwiańczykiem, którego była dziewczyna wraz z ich trzyletnią córeczką mieszkają w Gliwicach. Przeprowadziliśmy z nim długą rozmowę, na temat zawiłości języka polskiego i ... "prowokacji gliwickiej" z 1939 roku, która bardzo ciekawiła naszego rozmówcę, a równocześnie zamieniliśmy parę słów z jednym ze starszych barmanów, winiącym za wszelkie nieszczęścia Hiszpanii  imigrację. Gdy zapewniliśmy go, że przyjechaliśmy na studia, nie do pracy odetchnął z wyraźną ulgą ;-)

Po jakimś czasie trafiliśmy do kolejnej knajpy (tym razem z prowadzonej przez Meksykanów), gdzie mieliśmy wyjątkowe szczęście trafić na promocyjne ceny na wszystkie posiłki i napoje W ten sposób, w wielojęzycznym tłumie, w samym centrum Madrytu zjedliśmy posiłek w zbliżonej do krakowskiej cenie. Nasze wizyty w barach odwlekały jednak w czasie rzecz nieuniknioną - nocleg na madryckim lotnisku.

Po kolejnej podróży metrem (podczas której spotkaliśmy dwójkę Hiszpanów poprzebieranych karnawałowo za... toaletę i gejszę) dotarliśmy do lotniska Barajas, które ze względu na swoje gigantyczne rozmiary jest w stanie obsługiwać zarówno loty europejskie, jak i międzykontynentalne. Poznaliśmy tam grupkę sympatycznych Amerykanów, podobnie jak my lecących do Almerii, a przebywających w Hiszpanii na kursie językowym. (Swoją drogą natykaliśmy się na przedstawicieli tej nacji dosłownie na każdym kroku w Madrycie). Pół nocy spędziliśmy na graniu w amerykańskie gry karciane, po czym zmorzył mnie sen i podobnie jak setki innych pasażerów czekających na ranne loty wyłożyłem się na wolnym skrawku podłogi. Nie spałem nawet godziny, gdy obudził mnie Maciek z pytaniem: "Co Ty na to, żebyśmy pojechali do Granady? Amerykanie mówią, że można się tam szybko dostać z Almerii". "Jasne" odpowiedziałem po paru sekundowym zastanowieniu "jeśli w ciekawe rzeczy w Almerii da się zobaczyć w pół dnia - nie ma sprawy". Jak się okazało, była to jedna z najszybszych, ale i najlepszych decyzji jakie kiedykolwiek podjąłem.

Jakoś przewegetowaliśmy do naszego lotu... Dopóki można było spać nie było tragicznie, jednak w pewnym momencie ochrona zaczęła budzić leżących pokotem ludzi i ok. 5 - 6 nad ranem znajdowaliśmy się w stanie który był mieszanką półsnu, zmęczenia i ogólnego zniechęcenia (opisując ten stan w bardzo łagodnych słowach). Nie lepiej było po wejściu na pokład, gdyż linie lotnicze, z których usług korzystaliśmy zapewniają podobną przestrzeń na nogi swoim wysokim pasażerom, jak kierowcy kursujących na podmiejskich trasach busików. No cóż, przynajmniej, jeden i drugi środek transportu jest tani... ;-)

Całe zmęczenie jednak odeszło w niepamięć, gdy wylądowaliśmy, poczuliśmy temperaturę powietrza i zobaczyliśmy błękitne morze, nad którego brzegiem jest usytuowane lotnisko! Widok roztaczający się z płyty lądowiska był kapitalny! Tuż po wyjściu z budynku portu lotniczego zobaczyliśmy wyjątkowo elegancki samochód, którego właściciel właśnie odwiózł swoją żonę i zbierał się do odjazdu. Takiej okazji nie mogliśmy przepuścić - zaskoczony przez nas kierowca, mocno zdezorientowany całą sytuacją nie odmówił naszej prośbie podwiezienia do centrum miasta. Jak sam później przyznał z rozbrajającą szczerością "Gdybym zobaczył was na poboczu drogi, w życiu bym się nie zatrzymał".

Po pożegnaniu z naszym kierowcą ruszyliśmy w stronę mieszkania Hiszpana, który w ramach couchsurfing-u miał nam zapewnić nocleg. Po chwilowym błądzeniu w poszukiwaniu przejścia przez tory kolejowe (Almeria jest nimi "przecięta" na pół, a w całym, niemałym mieście są raptem trzy lub cztery kładki) weszliśmy na długą aleję, obsadzoną po obu stronach dającymi cień drzewami, prowadzącą wprost na nadmorską promenadę. Będąc już na plaży nie wahaliśmy się długo i wskoczyliśmy do morza. Woda była lodowata, ale satysfakcja z możliwości kąpieli w marcu - bezcenna! Czas do pojawienia się naszego gospodarza upłynął nam na wizycie w chińskiej knajpie, (gdzie zamiast spodziewanej dużej porcji i małego rachunku dostaliśmy mały posiłek i duży rachunek) wylegiwaniu się na plaży i podziwianiu panoramy wciśniętej między morze, a potężne góry Almerii.

Po paru beztrosko spędzonych godzinach przyjechał nasz gospodarz - po pozostawieniu bagaży i krótkiej rozmowie wyruszyliśmy z nim na zwiedzanie miasta. Po spacerze nadmorską promenadą dotarliśmy do miejsca świadczącego o ciekawej historii Almerii, będącej niegdyś miastem górniczym.Tuż nad samym morzem znajdowała się bowiem konstrukcja, zaprojektowana przez samego Gustawa Eiffel'a, pozwalająca zrzucać transportowany z kopalni urobek bezpośrednio z wagonów kolejowych na statki cumujące przy nabrzeżu. Pod nią umieszczono pomnik żołnierzy walczących po republikańskiej stronie w hiszpańskiej wojnie domowej z lat 1936 - 1939, którzy zginęli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. Znaleźli się w nich w wyniku niezwykle pechowego zbiegu okoliczności - po klęsce w walce przeciwko nacjonalistom generała Franco, republikańscy żołnierze, reprezentujący bardzo często poglądy komunistyczne, uciekali  przed represjami przez północną granicę Hiszpanii. Ci którzy dostali się w ręce władz francuskich byli zamykani w obozach internowania. Po zajęciu Francji przez Niemców w 1940 roku znalazły się one w rękach nazistów, wspierających generała Franco...

Konstrukcja Eiffla i pomnik ofiar obozów koncentracyjnych.
Historia hiszpańskiej wojny domowej towarzyszyła nam też w dalszej części wędrówki. Po przejściu reprezentacyjną aleją miasta i krótkiej wizycie na arkadowym dziedzińcu szkoły aktorskiej dotarliśmy pod katedrę. Renesansowa konstrukcja, przypominająca swoim kształtem twierdzę, do dziś nosi ślady ostrzału przez niemieckie okręty, przeprowadzonego w 1937 roku. Naziści, którzy oficjalnie nie brali udziału w wojnie, w istocie uczestniczyli w niej bardzo aktywnie, traktując Hiszpanię jako poligon doświadczalny dla nowych rodzajów broni. Doświadczenia zdobyte chociażby podczas nalotu na Guernicę (zrównanej z ziemią przez niemieckie lotnictwo i będącej tematem słynnego obrazu Picassa) wykorzystane zostały przez III Rzeszę podczas II wojny światowej nad Warszawą, Rotterdamem czy Londynem. Innym świadectwem przypominającym wojnę były portrety zamordowanych duchownych znajdujące się we wnętrzu świątyni. Zbrodnia ta obciąża z kolei stronę republikańską konfliktu i potwierdza opinię, że najbardziej brutalne i krwawe są wojny domowe.

Fasada katedry.
Spod katedry ruszyliśmy w stronę zabytku pamiętającego dużo dawniejsze od opisywanych czasów. Pnąc się w górę wąskimi uliczkami, pomiędzy malowniczymi domami dzielnicy cygańsko-arabskiej dotarliśmy do Alcazaby - twierdzy od ponad tysiąca lat górującej nad Almerią.Wybudowana przez muzułmanów i rozbudowywana przez władców katolickich, mimo uszkodzeń spowodowanych przez trzęsienie ziemi do dziś robi imponujące wrażenie. Potężne mury i wieże obronne, dobrze utrzymane ogrody i piękny widok na miasto i morze czynią to miejsce wyjątkowo atrakcyjnym dla turystów.




Jeżeli trasa zaproponowana przez naszego gospodarza i opowieści, którymi nas raczył podczas zwiedzania były bardzo ciekawe to warunki, w których mieliśmy spędzić noc były skandaliczne. Ładne mieszkanie typu studio zostało doprowadzone do takiego stanu, że z powodu brudu trudno było rozpoznać oryginalny kolor umywalki w łazience, piętrząca się w części kuchennej sterta naczyń i plastikowych pojemników wydawała się szykować do inwazji na część mieszkalną, a smród wydobywający się z toalety był wprost nie do zniesienia. Przy wejściu walały się opakowania po prezerwatywach, co przy podejrzanie bliskich stosunkach jakie łączyły naszego gospodarza z dziewczyną, którą przedstawił jako swoją "kuzynkę" i jego specyficznym sposobie bycia sprawiały bardzo nieciekawe wrażenie. Dopełnieniem tej dosyć dziwacznej  sytuacji było miejsce jakie zaproponowano nam do spania. Jedno łóżko dla dwóch mężczyzn jest dla mnie z samej natury rzeczy sytuacją wybitnie niekomfortową, a kiedy jest ono jeszcze wąskie... bez komentarza. Na szczęście (bądź nieszczęście) przyszło nam spać, czy raczej gnieść się na nim tylko około 3 godzin. Długo nie mogliśmy zasnąć dzięki naszemu gospodarzowi i jego "kuzynce", którzy kompletnie nie przejmując się naszą obecnością, włączyli konsolę i do późnej nocy grali w ambitną grę polegającą na mordowaniu zombies... Natomiast rano zerwaliśmy się już o 4.30, żeby bez żalu opuścić zapuszczone mieszkanie i pomaszerować na pociąg mający nas dowieźć do Granady!

CDN.

"Wieszanie plakatów zabronione"

1 komentarz: